
← Back
0 likes
Ból
Fandom: Marvel
Created: 5/26/2026
Tags
RomanceDramaAngstPsychologicalDarkCharacter StudyJealousyCanon SettingHurt/ComfortCurtainfic / Domestic StoryGraphic Violence
Rdza i Aksamit
W barze „The Rusty Anchor” unosił się zapach taniego bourbonu, dymu papierosowego i desperacji. Cassie polerowała szklankę po raz setny tego wieczoru, starając się nie patrzeć w stronę mężczyzny siedzącego przy samym rogu lady. Wiedziała, że tam jest. Czuła jego wzrok na swojej szyi jak dotyk zimnej stali, choć wiedziała, że to tylko jej wyobraźnia.
Bucky Barnes nie należał do klientów, których można było zignorować. Miał w sobie coś z drapieżnika, który chwilowo zrezygnował z polowania, by nacieszyć się widokiem ofiary. Jego metalowe ramię, ukryte pod ciężką, skórzaną kurtką, tworzyło nienaturalną wypukłość, a oczy — błękitne i lodowate — zdawały się przewiercać na wylot każdą barierę, którą Cassie próbowała wokół siebie wznieść.
— To samo, lalko — rzucił niskim, chropowatym głosem, przesuwając pustą szklankę po blacie.
Cassie skinęła głową, nie patrząc mu w oczy. Sięgnęła po butelkę, jej dłonie, choć nawykłe do ciężkiej pracy, lekko zadrżały. Była cicha, niemal przezroczysta dla większości ludzi, ale przy nim czuła się, jakby ktoś oświetlił ją jaskrawym reflektorem.
— Masz dzisiaj wyjątkowo smutną minę — kontynuował Bucky, opierając się na łokciach. — Ktoś cię skrzywdził, czy po prostu nie lubisz swojego życia?
— Jestem w pracy, James — odpowiedziała cicho, stawiając przed nim drinka.
— Mówiłem ci, żebyś mówiła mi Bucky. — Uśmiechnął się, ale ten uśmiech nie sięgał oczu. Był drapieżny, pewny siebie, podszyty arogancją kogoś, kto wie, że zawsze dostaje to, czego chce. — James brzmi zbyt... oficjalnie. Jakbym miał cię zaraz przesłuchać. A ja mam wobec ciebie zupełnie inne plany.
Cassie poczuła, jak krew uderza jej do policzków. Nie była asertywna. Nigdy nie potrafiła powiedzieć „nie”, zwłaszcza komuś, kto emanował taką siłą. Wiedziała, że Bucky to kłopoty. Słyszała plotki o Avengersach, o Zimowym Żołnierzu, o mroku, który go otaczał. Ale słyszała też, jak traktuje kobiety — jak przystanki na drodze do nikąd.
— Kończę zmianę za dziesięć minut — szepnęła, nienawidząc siebie za to, jak łatwo mu ulegała.
— Wiem — odparł Bucky, dopijając whisky jednym haustem. — Dlatego tu jestem.
***
Mieszkanie Cassie było małe, zagracone książkami i pachniało lawendą. Bucky pasował do tego wnętrza jak nóż do rany. Był zbyt duży, zbyt głośny, zbyt intensywny.
Gdy tylko zamknęły się drzwi, przycisnął ją do ściany. Jego dłonie — jedna ciepła i ludzka, druga zimna i twarda — błądziły po jej ciele z wprawą kogoś, kto traktuje seks jak zadanie taktyczne. Cassie przymknęła oczy, pozwalając mu na wszystko. Umiała się bić, przeszła szkolenie samoobrony, potrafiła powalić faceta dwa razy większego od siebie, gdyby tylko chciała. Ale przy nim traciła całą wolę walki.
— Jesteś taka cicha — mruknął jej do ucha, a jego oddech parzył jej skórę. — Nawet nie protestujesz. To urocze.
W jego głosie słychać było nutę czułości, która była najbardziej toksyczną rzeczą na świecie. Bo Bucky potrafił być troskliwy. Potrafił poprawić jej włosy z taką delikatnością, jakby była z porcelany, tylko po to, by za chwilę ścisnąć jej nadgarstki zbyt mocno.
Tej nocy Cassie czuła się kochana, choć w głębi duszy wiedziała, że to tylko iluzja. Słyszała jego przyspieszony oddech, czuła ciężar jego ciała i przez chwilę wierzyła, że jest dla niego kimś więcej niż tylko „rundką na jedną noc”.
Jednak rano, gdy słońce zaczęło przebijać się przez tanie rolety, łóżko obok niej było puste.
Nie zostawił kartki. Nie zostawił wiadomości. Zostawił tylko wgłębienie w poduszce i zapach prochu oraz drogich perfum.
***
Tydzień później sytuacja się powtórzyła. I kolejny raz. I jeszcze jeden.
To stało się ich rytuałem. Bucky pojawiał się w barze, rzucał kilka dwuznacznych uwag, doprowadzał ją do granic wytrzymałości swoim flirto-przesłuchaniem, a potem zabierał ją do siebie lub do niej. Traktował ją jak zabawkę, którą wyciąga się z pudełka, gdy dopadnie człowieka nuda lub samotność.
Pewnego wieczoru, gdy siedzieli w jego sterylnym apartamencie w wieży Starka, Cassie odważyła się zadać pytanie.
— Dlaczego ja? — zapytała, owinięta w prześcieradło, patrząc, jak Bucky zakłada koszulę, przygotowując się do wyjścia na jakąś misję.
Bucky zatrzymał się, zapinając guziki. Spojrzał na nią przez ramię, a w jego oczach na ułamek sekundy mignęło coś, co przypominało ból. Ale zniknęło tak szybko, że Cassie uznała to za omam.
— Bo nie zadajesz pytań — odparł chłodno. — I bo jesteś pod ręką.
To zabolało bardziej niż jakikolwiek cios, który kiedykolwiek przyjęła na ringu. Cassie spuściła wzrok, zaciskając palce na materiale pościeli.
— Rozumiem — szepnęła.
Bucky podszedł do łóżka. Usiadł na krawędzi i ujął jej podbródek w swoją ludzką dłoń. Kciukiem pogładził jej dolną wargę. Przez chwilę patrzył na nią z taką intensywnością, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół jej twarzy.
— Jesteś dobra, Cassie — powiedział cicho, a jego głos był teraz inny, pozbawiony tej cynicznej maski. — Zbyt dobra na kogoś takiego jak ja. Ale dopóki tu jesteś, będę z tego korzystał.
Pochylił się i pocałował ją — krótko, twardo, niemal boleśnie. A potem wstał i wyszedł, zostawiając ją w ciszy, która dzwoniła w uszach.
***
Kilka dni później Cassie stała za barem, gdy do środka weszło trzech pijanych mężczyzn. Od początku szukali guza. Zaczepiali klientów, rozlewali piwo, a w końcu jeden z nich, wielki facet z tatuażem na szyi, oparł się o ladę i złapał Cassie za rękę.
— Hej, ślicznotko, może nalejesz nam coś za darmo, co? Taka cicha myszka jak ty na pewno jest hojna.
Cassie próbowała wyrwać rękę, ale chwyt był mocny.
— Proszę mnie puścić — powiedziała spokojnie, choć serce biło jej jak oszalałe.
— Bo co? Zawołasz mamusię? — Zaśmiali się.
W tym momencie drzwi baru otworzyły się z hukiem. Bucky wszedł do środka, wyglądając, jakby właśnie wrócił z piekła. Jego kurtka była rozdarta, na czole miał świeżą ranę, a w oczach czyste szaleństwo.
Zobaczył sytuację przy barze w ułamku sekundy. Nie powiedział ani słowa. Podszedł do faceta trzymającego Cassie i bez zbędnych ceregieli złapał go za gardło metalową dłonią. Uniósł go lekko nad ziemię, a twarz mężczyzny momentalnie stała się purpurowa.
— Bucky, nie! — krzyknęła Cassie.
— Dotknął cię — warknął Barnes, a dźwięk jego głosu sprawił, że pozostali dwaj napastnicy wycofali się w popłochu. — Nikt nie ma prawa cię dotykać.
— Puść go, zabijesz go! — Cassie przeskoczyła przez ladę i chwyciła Bucky’ego za ramię.
Przez chwilę patrzył na nią z furią, której nie potrafiła zrozumieć. Był jak odbezpieczony granat. Ale pod wpływem jej dotyku, pod wpływem jej przerażonych oczu, coś w nim pękło. Rozluźnił uścisk, a mężczyzna osunął się na podłogę, kaszląc i łapiąc powietrze.
— Wynocha — rzucił Bucky.
Gdy bar opustoszał, a inni klienci wrócili do swoich spraw, udając, że nic nie widzieli, Bucky odwrócił się do Cassie. Wyglądał na wyczerpanego.
— Nic ci nie jest? — zapytał, a w jego głosie znów była ta dziwna, toksyczna troska.
— Nic mi nie jest. Potrafię o siebie zadbać, Bucky. Trenowałam... — zaczęła, ale on jej przerwał, przyciągając ją do siebie w gwałtownym uścisku.
— Nie obchodzi mnie, co potrafisz. Nie chcę, żeby ktoś cię dotykał — mruknął w jej włosy.
Cassie stała nieruchomo, czując bicie jego serca. Przez chwilę myślała, że może coś się zmieniło. Że może ten wybuch zazdrości i ochrony oznaczał, że stała się dla niego kimś ważnym.
— Chodźmy do ciebie — powiedział, odsuwając się. — Muszę się zmyć z siebie ten dzień.
***
W mieszkaniu Cassie znów było tak samo. Szybki, namiętny seks, po którym Bucky odwrócił się plecami i zasnął, zanim ona zdążyła choćby poprawić kołdrę.
Leżała w ciemności, patrząc na jego szerokie plecy, na blizny, które opowiadały historię cierpienia, o którym nigdy jej nie opowiedział. Wiedziała, że jest dla niego tylko plastrem na rany, których nie da się zagoić. Była zabawką, która przynosiła ulgę, ale nie zasługiwała na to, by zostać na śniadanie.
Nad ranem usłyszała, jak wstaje. Słyszała szelest ubrań, dźwięk zapinanego paska, ciężkie kroki w stronę drzwi.
— Bucky? — zawołała cicho, nie otwierając oczu.
Zatrzymał się w progu.
— Tak?
— Kiedyś zostaniesz? — zapytała, a jej głos drżał, łamiąc jedyną zasadę, która pozwalała im funkcjonować: brak oczekiwań.
Cisza trwała wieki. Cassie czuła, jak każde uderzenie serca odmierza czas do jego ucieczki.
— Nie czekaj na mnie, Cassie — powiedział w końcu. — To się nigdy nie skończy inaczej.
Drzwi kliknęły cicho, zamykając się za nim.
Cassie otworzyła oczy i spojrzała w sufit. Wiedziała, że za kilka dni, może tydzień, on znów pojawi się w barze. Znów rzuci jakiś tani tekst, znów spojrzy na nią tym swoim lodowatym wzrokiem, a ona znów nie będzie potrafiła powiedzieć „nie”.
Bo Bucky Barnes był jak nałóg — niszczył ją powoli, kawałek po kawałku, ale sprawiał, że przez te kilka godzin w nocy czuła, że naprawdę istnieje. I choć traktował ją jak zabawkę, była to jedyna gra, w jaką potrafiła teraz grać.
Wstała z łóżka, poprawiła pościel i poszła do kuchni zrobić kawę dla jednej osoby. Rdza na jego duszy powoli osiadała na jej sercu, a ona pozwalała jej na to, bo aksamit jego nielicznych, czułych gestów wciąż był wart każdej ceny.
Bucky Barnes nie należał do klientów, których można było zignorować. Miał w sobie coś z drapieżnika, który chwilowo zrezygnował z polowania, by nacieszyć się widokiem ofiary. Jego metalowe ramię, ukryte pod ciężką, skórzaną kurtką, tworzyło nienaturalną wypukłość, a oczy — błękitne i lodowate — zdawały się przewiercać na wylot każdą barierę, którą Cassie próbowała wokół siebie wznieść.
— To samo, lalko — rzucił niskim, chropowatym głosem, przesuwając pustą szklankę po blacie.
Cassie skinęła głową, nie patrząc mu w oczy. Sięgnęła po butelkę, jej dłonie, choć nawykłe do ciężkiej pracy, lekko zadrżały. Była cicha, niemal przezroczysta dla większości ludzi, ale przy nim czuła się, jakby ktoś oświetlił ją jaskrawym reflektorem.
— Masz dzisiaj wyjątkowo smutną minę — kontynuował Bucky, opierając się na łokciach. — Ktoś cię skrzywdził, czy po prostu nie lubisz swojego życia?
— Jestem w pracy, James — odpowiedziała cicho, stawiając przed nim drinka.
— Mówiłem ci, żebyś mówiła mi Bucky. — Uśmiechnął się, ale ten uśmiech nie sięgał oczu. Był drapieżny, pewny siebie, podszyty arogancją kogoś, kto wie, że zawsze dostaje to, czego chce. — James brzmi zbyt... oficjalnie. Jakbym miał cię zaraz przesłuchać. A ja mam wobec ciebie zupełnie inne plany.
Cassie poczuła, jak krew uderza jej do policzków. Nie była asertywna. Nigdy nie potrafiła powiedzieć „nie”, zwłaszcza komuś, kto emanował taką siłą. Wiedziała, że Bucky to kłopoty. Słyszała plotki o Avengersach, o Zimowym Żołnierzu, o mroku, który go otaczał. Ale słyszała też, jak traktuje kobiety — jak przystanki na drodze do nikąd.
— Kończę zmianę za dziesięć minut — szepnęła, nienawidząc siebie za to, jak łatwo mu ulegała.
— Wiem — odparł Bucky, dopijając whisky jednym haustem. — Dlatego tu jestem.
***
Mieszkanie Cassie było małe, zagracone książkami i pachniało lawendą. Bucky pasował do tego wnętrza jak nóż do rany. Był zbyt duży, zbyt głośny, zbyt intensywny.
Gdy tylko zamknęły się drzwi, przycisnął ją do ściany. Jego dłonie — jedna ciepła i ludzka, druga zimna i twarda — błądziły po jej ciele z wprawą kogoś, kto traktuje seks jak zadanie taktyczne. Cassie przymknęła oczy, pozwalając mu na wszystko. Umiała się bić, przeszła szkolenie samoobrony, potrafiła powalić faceta dwa razy większego od siebie, gdyby tylko chciała. Ale przy nim traciła całą wolę walki.
— Jesteś taka cicha — mruknął jej do ucha, a jego oddech parzył jej skórę. — Nawet nie protestujesz. To urocze.
W jego głosie słychać było nutę czułości, która była najbardziej toksyczną rzeczą na świecie. Bo Bucky potrafił być troskliwy. Potrafił poprawić jej włosy z taką delikatnością, jakby była z porcelany, tylko po to, by za chwilę ścisnąć jej nadgarstki zbyt mocno.
Tej nocy Cassie czuła się kochana, choć w głębi duszy wiedziała, że to tylko iluzja. Słyszała jego przyspieszony oddech, czuła ciężar jego ciała i przez chwilę wierzyła, że jest dla niego kimś więcej niż tylko „rundką na jedną noc”.
Jednak rano, gdy słońce zaczęło przebijać się przez tanie rolety, łóżko obok niej było puste.
Nie zostawił kartki. Nie zostawił wiadomości. Zostawił tylko wgłębienie w poduszce i zapach prochu oraz drogich perfum.
***
Tydzień później sytuacja się powtórzyła. I kolejny raz. I jeszcze jeden.
To stało się ich rytuałem. Bucky pojawiał się w barze, rzucał kilka dwuznacznych uwag, doprowadzał ją do granic wytrzymałości swoim flirto-przesłuchaniem, a potem zabierał ją do siebie lub do niej. Traktował ją jak zabawkę, którą wyciąga się z pudełka, gdy dopadnie człowieka nuda lub samotność.
Pewnego wieczoru, gdy siedzieli w jego sterylnym apartamencie w wieży Starka, Cassie odważyła się zadać pytanie.
— Dlaczego ja? — zapytała, owinięta w prześcieradło, patrząc, jak Bucky zakłada koszulę, przygotowując się do wyjścia na jakąś misję.
Bucky zatrzymał się, zapinając guziki. Spojrzał na nią przez ramię, a w jego oczach na ułamek sekundy mignęło coś, co przypominało ból. Ale zniknęło tak szybko, że Cassie uznała to za omam.
— Bo nie zadajesz pytań — odparł chłodno. — I bo jesteś pod ręką.
To zabolało bardziej niż jakikolwiek cios, który kiedykolwiek przyjęła na ringu. Cassie spuściła wzrok, zaciskając palce na materiale pościeli.
— Rozumiem — szepnęła.
Bucky podszedł do łóżka. Usiadł na krawędzi i ujął jej podbródek w swoją ludzką dłoń. Kciukiem pogładził jej dolną wargę. Przez chwilę patrzył na nią z taką intensywnością, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół jej twarzy.
— Jesteś dobra, Cassie — powiedział cicho, a jego głos był teraz inny, pozbawiony tej cynicznej maski. — Zbyt dobra na kogoś takiego jak ja. Ale dopóki tu jesteś, będę z tego korzystał.
Pochylił się i pocałował ją — krótko, twardo, niemal boleśnie. A potem wstał i wyszedł, zostawiając ją w ciszy, która dzwoniła w uszach.
***
Kilka dni później Cassie stała za barem, gdy do środka weszło trzech pijanych mężczyzn. Od początku szukali guza. Zaczepiali klientów, rozlewali piwo, a w końcu jeden z nich, wielki facet z tatuażem na szyi, oparł się o ladę i złapał Cassie za rękę.
— Hej, ślicznotko, może nalejesz nam coś za darmo, co? Taka cicha myszka jak ty na pewno jest hojna.
Cassie próbowała wyrwać rękę, ale chwyt był mocny.
— Proszę mnie puścić — powiedziała spokojnie, choć serce biło jej jak oszalałe.
— Bo co? Zawołasz mamusię? — Zaśmiali się.
W tym momencie drzwi baru otworzyły się z hukiem. Bucky wszedł do środka, wyglądając, jakby właśnie wrócił z piekła. Jego kurtka była rozdarta, na czole miał świeżą ranę, a w oczach czyste szaleństwo.
Zobaczył sytuację przy barze w ułamku sekundy. Nie powiedział ani słowa. Podszedł do faceta trzymającego Cassie i bez zbędnych ceregieli złapał go za gardło metalową dłonią. Uniósł go lekko nad ziemię, a twarz mężczyzny momentalnie stała się purpurowa.
— Bucky, nie! — krzyknęła Cassie.
— Dotknął cię — warknął Barnes, a dźwięk jego głosu sprawił, że pozostali dwaj napastnicy wycofali się w popłochu. — Nikt nie ma prawa cię dotykać.
— Puść go, zabijesz go! — Cassie przeskoczyła przez ladę i chwyciła Bucky’ego za ramię.
Przez chwilę patrzył na nią z furią, której nie potrafiła zrozumieć. Był jak odbezpieczony granat. Ale pod wpływem jej dotyku, pod wpływem jej przerażonych oczu, coś w nim pękło. Rozluźnił uścisk, a mężczyzna osunął się na podłogę, kaszląc i łapiąc powietrze.
— Wynocha — rzucił Bucky.
Gdy bar opustoszał, a inni klienci wrócili do swoich spraw, udając, że nic nie widzieli, Bucky odwrócił się do Cassie. Wyglądał na wyczerpanego.
— Nic ci nie jest? — zapytał, a w jego głosie znów była ta dziwna, toksyczna troska.
— Nic mi nie jest. Potrafię o siebie zadbać, Bucky. Trenowałam... — zaczęła, ale on jej przerwał, przyciągając ją do siebie w gwałtownym uścisku.
— Nie obchodzi mnie, co potrafisz. Nie chcę, żeby ktoś cię dotykał — mruknął w jej włosy.
Cassie stała nieruchomo, czując bicie jego serca. Przez chwilę myślała, że może coś się zmieniło. Że może ten wybuch zazdrości i ochrony oznaczał, że stała się dla niego kimś ważnym.
— Chodźmy do ciebie — powiedział, odsuwając się. — Muszę się zmyć z siebie ten dzień.
***
W mieszkaniu Cassie znów było tak samo. Szybki, namiętny seks, po którym Bucky odwrócił się plecami i zasnął, zanim ona zdążyła choćby poprawić kołdrę.
Leżała w ciemności, patrząc na jego szerokie plecy, na blizny, które opowiadały historię cierpienia, o którym nigdy jej nie opowiedział. Wiedziała, że jest dla niego tylko plastrem na rany, których nie da się zagoić. Była zabawką, która przynosiła ulgę, ale nie zasługiwała na to, by zostać na śniadanie.
Nad ranem usłyszała, jak wstaje. Słyszała szelest ubrań, dźwięk zapinanego paska, ciężkie kroki w stronę drzwi.
— Bucky? — zawołała cicho, nie otwierając oczu.
Zatrzymał się w progu.
— Tak?
— Kiedyś zostaniesz? — zapytała, a jej głos drżał, łamiąc jedyną zasadę, która pozwalała im funkcjonować: brak oczekiwań.
Cisza trwała wieki. Cassie czuła, jak każde uderzenie serca odmierza czas do jego ucieczki.
— Nie czekaj na mnie, Cassie — powiedział w końcu. — To się nigdy nie skończy inaczej.
Drzwi kliknęły cicho, zamykając się za nim.
Cassie otworzyła oczy i spojrzała w sufit. Wiedziała, że za kilka dni, może tydzień, on znów pojawi się w barze. Znów rzuci jakiś tani tekst, znów spojrzy na nią tym swoim lodowatym wzrokiem, a ona znów nie będzie potrafiła powiedzieć „nie”.
Bo Bucky Barnes był jak nałóg — niszczył ją powoli, kawałek po kawałku, ale sprawiał, że przez te kilka godzin w nocy czuła, że naprawdę istnieje. I choć traktował ją jak zabawkę, była to jedyna gra, w jaką potrafiła teraz grać.
Wstała z łóżka, poprawiła pościel i poszła do kuchni zrobić kawę dla jednej osoby. Rdza na jego duszy powoli osiadała na jej sercu, a ona pozwalała jej na to, bo aksamit jego nielicznych, czułych gestów wciąż był wart każdej ceny.
