Fanfy
.studio
Background image
← Back
0 likes

Cuvil war

Fandom: Marvel

Created: 5/30/2026

Tags

RomanceDramaHurt/ComfortFluffSlice of LifeCurtainfic / Domestic StoryCharacter StudyCanon Setting
Contents

Ślady na asfalcie

Poranek w Wakandzie pachniał wilgotną ziemią i egzotycznymi kwiatami, których nazw Steve wciąż nie potrafił zapamiętać. Siedział na tarasie niewielkiej chaty, trzymając w dłoniach kubek z parującą kawą, i patrzył na wschodzące słońce. Cisza była tu inna niż w Brooklynie lat trzydziestych – tamta była pełna miejskiego szumu, ta tutaj tętniła życiem dżungli.

Usłyszał kroki. Ciche, miarowe, niemal bezszelestne. Nie musiał się odwracać, by wiedzieć, kto to. Jego serce, to samo, które kiedyś biło słabo w piersi chorowitego chłopca, teraz zabiło mocniej z zupełnie innego powodu.

– Znowu gapisz się w przestrzeń, Rogers. Myślisz o tym, jak uratować świat, czy po prostu zapomniałeś, jak się mruga?

Głos Bucky’ego był niski, lekko zachrypnięty, ale nasycony tą specyficzną nutą sarkazmu, która sprawiała, że Steve czuł się, jakby znów miał dwadzieścia lat i stał w kolejce do werbunku. Bucky usiadł na barierce tarasu, opierając metalową rękę o kolano. Wyglądał zdrowiej. Jego oczy nie były już tak puste i szklane jak w Bukareszcie. Wracał. Z każdym dniem kawałek po kawałku wracał do domu.

Steve spuścił wzrok na swoją kawę, czując, jak jego policzki zaczynają piec. To był problem. Bucky przypominał sobie coraz więcej, a Steve... Steve pamiętał wszystko. Pamiętał ich ostatnią noc przed wyjazdem Barnesa na front, pamiętał szeptane obietnice i dotyk, który wtedy wydawał się końcem i początkiem świata. Dla Steve’a byli parą. Dla Bucky’ego – do niedawna – byli tylko towarzyszami broni.

– Po prostu... tu jest spokojnie – wykrztusił Steve, starając się, by jego głos brzmiał stabilnie.

Bucky przechylił głowę, a pasmo długich włosów opadło mu na twarz. Uśmiechnął się półgębkiem, tym swoim łobuzerskim uśmiechem, który kiedyś łamał serca połowie dziewcząt na Brooklynie.

– Spokojnie? Jesteś spięty jak struna w harfie, Steve. Widzę, jak zaciskasz palce na tym kubku. Zaraz go zmiażdżysz tymi swoimi super-mięśniami.

Bucky wyciągnął rękę – tę ludzką, ciepłą – i delikatnie dotknął dłoni Steve’a, rozluźniając jego uścisk. Steve wzdrygnął się lekko, a rumieniec na jego twarzy przybrał odcień dojrzałego pomidora.

– Przepraszam – mruknął Steve, uciekając wzrokiem w stronę horyzontu.

– Za co mnie przepraszasz? Za to, że żyjesz? – Bucky zaśmiał się cicho, ale w jego oczach błysnęło coś czułego. – Wiesz, przypomniałem sobie coś dzisiaj rano. O tej potańcówce w 1941. Pamiętasz, jak próbowałeś zagadać do tej blondynki, a skończyło się na tym, że wylałeś na siebie poncz?

Steve westchnął ciężko, chowając twarz w dłoniach.

– Bucky, proszę...

– Byłeś taki uroczy, kiedy się denerwowałeś. Dalej jesteś – dodał Bucky, a jego głos obniżył się o oktawę. Przysunął się bliżej, niemal naruszając przestrzeń osobistą Steve’a. – Ale wtedy nie wiedziałem jednej rzeczy.

Steve zaryzykował spojrzenie na przyjaciela.

– Czego?

– Tego, że tak naprawdę nie chciałeś zagadać do niej. Chciałeś, żeby to ja cię stamtąd zabrał.

Steve poczuł, jak brakuje mu tchu. Czy Bucky naprawdę pamiętał? Czy to tylko kolejna z jego złośliwych gier? Przed wojną Steve był chorowitym, nieśmiałym chłopcem, który nigdy nie zaznał bliskości innej niż ta, którą dawał mu Bucky. Był prawiczkiem wtedy i – co było najbardziej krępujące – pozostawał nim do dziś, mimo bycia narodowym symbolem i najpotężniejszym z Avengersów.

– Ja... nie wiem, o czym mówisz – skłamał marnie Steve, wpatrując się intensywnie w dno swojego kubka.

Bucky parsknął śmiechem i lekko szturchnął go ramieniem.

– Jesteś najgorszym kłamcą w historii Ameryki, Rogers. Twoje uszy są czerwone. Zawsze były czerwone, kiedy kłamałeś albo kiedy myślałeś o czymś... niegrzecznym.

– Bucky! – wykrzyknął Steve, czując, że zaraz spłonie ze wstydu.

– Co? Tylko stwierdzam fakty. Jesteś taką niewinną duszą, Steve. Czasami zastanawiam się, jak to możliwe, że przeżyłeś tyle bitew i wciąż rumienisz się jak nastolatka, gdy tylko wspomnę o czymś więcej niż trzymanie się za ręce.

Bucky wstał i stanął bezpośrednio przed Steve’em, zmuszając go do podniesienia głowy. Jego postawa była teraz inna – mniej sarkastyczna, a bardziej ochronna. Wyciągnął dłoń i delikatnie uniósł podbródek Steve’a.

– Pamiętam tamto mieszkanie, Steve. Pamiętam wąskie łóżko i to, jak trzęsłeś się z zimna, a ja przyciągałem cię do siebie. Pamiętam smak twoich warg. Smakowały jabłkami i desperacją.

Steve poczuł, jak łza zakręciła mu się w oku. To nie były tylko przebłyski. Bucky odzyskiwał ich wspólną historię.

– Myślałem, że to przepadło – szepnął Steve, a jego głos załamał się niebezpiecznie. – Myślałem, że Hydra to wymazała.

Bucky spoważniał. Jego spojrzenie stało się intensywne, niemal palące.

– Mogą mi wymazać nazwisko, datę urodzenia i kod do sejfu, ale nie wymażą tego, jak na mnie patrzyłeś. Nawet jeśli teraz patrzysz na mnie, jakbym był jakimś kruchym eksponatem w muzeum. Przestań się o mnie martwić, Steve. To ja powinienem martwić się o ciebie. Jesteś tak beznadziejnie staroświecki, że pewnie wciąż czekasz na ślub, zanim pozwolisz mi się dotknąć.

Steve otworzył usta, by zaprotestować, ale nie znalazł żadnych argumentów. Bucky miał rację. Steve Rogers był reliktem przeszłości, nie tylko z powodu zamrożenia, ale z powodu swoich zasad i nieśmiałości, która nie opuściła go mimo posiadania ciała boga.

– To nie jest... to nie tak – wydukał Steve.

Bucky uśmiechnął się szeroko, tym razem prowokująco.

– Och, naprawdę? Więc jeśli teraz bym cię pocałował, nie zemdlałbyś z wrażenia? Bo wyglądasz, jakbyś był bliski hiperwentylacji.

Bucky pochylił się, zmniejszając dystans między nimi do zaledwie kilku centymetrów. Steve czuł ciepło jego oddechu na swojej skórze. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe, a dłonie pociły się, mimo chłodnego poranka.

– Jesteś niemożliwy – wymamrotał Steve, ale nie odsunął się.

– Jestem Bucky. I jestem głodny. Ale nie tylko śniadania, Steve.

Bucky wyprostował się nagle, puszczając podbródek przyjaciela i mrugając do niego znacząco.

– Zrób mi przysługę i przestań być takim harcerzem chociaż na pięć minut. Idę sprawdzić, co Sam przyniósł z targu. Jeśli będziesz grzeczny, może pozwolę ci potrzymać moją nową rękę. Jest bardzo... wielofunkcyjna.

Steve patrzył, jak Bucky odchodzi, nucąc pod nosem jakąś starą melodię. Dopiero gdy Barnes zniknął wewnątrz chaty, Steve wypuścił powietrze, które nieświadomie wstrzymywał. Ukrył twarz w dłoniach, czując, że jego policzki wciąż płoną.

Bucky wracał. I najwyraźniej zamierzał nadrobić siedemdziesiąt lat straconego czasu, nie dając Steve’owi ani chwili wytchnienia. Steve uśmiechnął się do siebie, mimo zawstydzenia. To była walka, której nie chciał wygrać.

Po kilku minutach, gdy udało mu się w miarę opanować drżenie rąk, Steve wszedł do środka. Bucky stał przy małym stoliku, krojąc owoce. Robił to z taką precyzją, jakby przygotowywał plan ataku na bazę Hydry. Sam Wilson siedział obok, przeglądając coś na tablecie, i uniósł brew, gdy zobaczył wchodzącego Steve’a.

– Wszystko w porządku, Ameryko? Wyglądasz, jakbyś właśnie zobaczył ducha albo... bardzo przystojnego mordercę – zażartował Sam, rzucając szybkie spojrzenie na Bucky’ego.

– Daj mu spokój, Sam – rzucił Bucky, nie odrywając wzroku od mango. – Steve po prostu zastanawia się nad sensem istnienia. Albo nad tym, dlaczego wciąż jest taki sztywny.

Steve usiadł ciężko na krześle naprzeciwko Sama.

– Bucky jest dzisiaj wyjątkowo... gadatliwy – stwierdził Steve, starając się unikać wzroku przyjaciela.

– Gadatliwy? – Sam parsknął. – Gość od rana opowiada mi o tym, jak to w 1938 musiał cię wyciągać z bójki w kinie, bo jakiś facet za głośno jadł popcorn. Poważnie, Steve, byłeś takim małym agresorem?

Steve westchnął, czując kolejną falę gorąca na twarzy.

– On kłamał. Ten człowiek obrażał kobietę siedzącą obok. Musiałem zareagować.

– I dostałeś w nos – wtrącił Bucky, podając Steve’owi talerz z pokrojonymi owocami. – A potem musiałem cię nieść do domu, bo kręciło ci się w głowie. Pamiętasz, co mi wtedy powiedziałeś, jak leżeliśmy na twoim łóżku i okładałem ci nos lodem?

Steve zamarł z kawałkiem mango w połowie drogi do ust. Spojrzał błagalnie na Bucky’ego, ale ten tylko uniósł wyzywająco brwi.

– Bucky, nie teraz... – szepnął Steve.

– Powiedziałeś: „Buck, gdybym był silniejszy, to ja bym cię teraz chronił”. A ja ci odpowiedziałem, że nie musisz być silny, żeby być moim bohaterem.

W kuchni zapadła cisza. Nawet Sam przestał stukać w tablet i spojrzał na nich z mieszanką zaskoczenia i zrozumienia. Bucky położył dłoń na ramieniu Steve’a, ściskając je lekko. To nie był już żart. To była deklaracja.

– Jesteś teraz silny, Steve. Najsilniejszy, jakiego znam. Ale wciąż jesteś tym samym chłopakiem, który nie potrafi przyjąć komplementu bez chęci ucieczki przez okno.

Steve poczuł, jak ściska go w gardle. Odłożył widelec i spojrzał prosto w szare oczy Bucky’ego.

– Po prostu... to wszystko jest dla mnie nowe. To, że tu jesteś. To, że pamiętasz. Bałem się, że będę musiał żyć z tymi wspomnieniami sam do końca moich dni.

Bucky uśmiechnął się, tym razem łagodnie, bez cienia sarkazmu.

– Nigdy nie będziesz sam, Rogers. Nawet jak będę musiał cię podrywać codziennie od nowa, dopóki nie przestaniesz się rumienić na dźwięk słowa „randka”.

– Randka? – powtórzył Sam, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Wy dwaj jesteście niemożliwi. Idę pobiegać, zanim to zrobi się jeszcze bardziej sentymentalne. Tylko proszę, nie zniszczcie kuchni, jak zaczniecie wspominać rok 1940.

Kiedy Sam wyszedł, w chacie znów zrobiło się cicho, ale była to inna cisza niż rano na tarasie. Była pełna niewypowiedzianych słów i napięcia, które narastało między nimi od dekad.

Bucky obszedł stół i stanął za plecami Steve’a, opierając dłonie na jego ramionach. Pochylił się i szepnął mu prosto do ucha:

– Wiesz, Steve... skoro już nie jestem pod kontrolą Hydry, a ty nie musisz uciekać przed rządem... może moglibyśmy sprawdzić, czy wciąż całujesz tak samo nieśmiało jak kiedyś?

Steve poczuł, że jego opór ostatecznie pęka. Odwrócił się na krześle, patrząc na Bucky’ego z mieszanką strachu i pożądania.

– Bucky... ja naprawdę nie mam doświadczenia. Nigdy... z nikim innym...

Bucky zaśmiał się cicho, a w jego oczach tańczyły iskierki rozbawienia i czułości.

– Wiem, Steve. I to jest w tobie najlepsze. Jesteś najpotężniejszym człowiekiem na planecie, a boisz się jednego pocałunku ze starym przyjacielem. Nie martw się. Poprowadzę cię. Tak jak zawsze.

Steve wziął głęboki oddech, prostując plecy. Jego nieśmiałość wciąż tam była, zakorzeniona głęboko pod warstwami super-żołnierza, ale miłość do Bucky’ego była silniejsza.

– Dobrze – szepnął. – Ale jeśli zemdleję, to twoja wina.

Bucky uśmiechnął się szeroko, tym razem triumfalnie.

– Zaryzykuję.

I kiedy ich wargi w końcu się spotkały, Steve poczuł, że czas przestał istnieć. Nie było wojny, nie było mrożenia, nie było Civil War. Był tylko Brooklyn, zapach jabłek i ciepło dłoni Bucky’ego na jego policzku. Steve Rogers, symbol Ameryki, w końcu wrócił do domu. A domem nie był kraj, lecz ramiona człowieka, który nigdy o nim nie zapomniał.
Contents

Want to write your own fanfic?

Sign up on Fanfy and create your own stories!

Create my fanfic